Wczoraj wieczorem dosłownie rzutem na taśme pojechaliśmy na pokaz specjalny wrocławskiej fontanny. Każdy powie – fontanna jak fontanna, trochę wody wyrzucanej w górę i już. Ot co. A jednak nie do końca. Fontanna niejednokrotnie była symbolem i ozaczała źródło życia. Nasza wrocławska wprawdzie życia nie daje (choć kto wie co dzieje się w nocy w parku, będącego sąsiadem sporej liczby akademików) ale za to to zycie umila i potrafi zachwycić. W czasie wakacji organizowane są tam pokazy multimedialne z prawdziwego zdarzenia.
Wczoraj był przygotowany jeszcze bardziej specjalny pokaz z okazji obchodów 30sto lecia Solidarności. sztuczne ognie, feria kolorowych świateł, i dźwięków. Bedzie jeszcze jeden taki pokaz w najbliższą niedzielę 29 sierpnia. Warto się wybrać ;-)
Kontynuując dobrą passę związaną z weekendem niedziela to Sproitz. Tak wiem jestem nudny i monotonny ciągle te same miejsca, ale…! No właśnie. Trening to nie tylko jednorazowy wypad i podziwianie swojego sprzętu i umiejętności oraz rozkoszowanie się pięknymi okolicznościami przyrody. Trening to z definicji regularne mniej lub bardziej zaawansowane powtarzanie pewnych czynności. Tak samo dotyczy to rozwijania naszego ciała jak i umysłu. I kluczem tu jest regularność a nie intensywność. Nawet lekki trening powtarzny regularnie da nam o wiele wiecej niż intesywny jednorazowy wypad nad wodę. Wiąże się to choćby z oswojeniem ze sprzętem, akwenem, warunkami atmosferycznymi itd. Więc o monotonię proszę mnie nie posądzać bo na pewno będę tu wracał jeszcze wielokrotnie każdego sezonu.
Przyjazd do bazy – podobnie jak za każdym razem. Na początku opłata (6 euro/osobę) i strach w oczach właściciela. Nie wiedzieć czemu, mimo tego, że liczba freediverów ciągle rośnie i jeszcze nigdy nie zdarzył się ani jeden wypadek – ciagle boją się tam tej formy nurkowania. Nieważne. Wierzę, że w końcu się to zmieni. W każdym bądź razie szybko przygotowaliśmy boję i linę i poszliśmy do wody. Warunki były wyjątkowo dobre. Spokojny dzień, słonecznie (choć pod koniec dnia deszczyk lekko przeszkodził przy rozpalaniu grilla), woda dosyć ciepła (przy powierzchni miała około 21 stopni!), poniżej 20m widoczność bardzo się poprawiała. W takich oto warunkach przyszło nam nurkować. No i widać nie tylko ja uległem urokowi otoczenia. Przemek i Ewelina podczas tych nurkowań ustanowili swoje nowe zyciówki! Nikt się tego nie spodziewał. A poszło naprawdę spokojnie. Zasiedzieliśmy się w wodzie naprawdę długo a mimo wszystko każdy z nas czuł niedosyt. To własnie magia freedivingu. Ciągle odkrywamy siebie od nowa. To właśnie poszeżanie limitów i ograniczeń. Dla Eweliny i Przemka serdeczne gratulacje! Czyściutkie i spokojne wynurzenia. Ja na koniec pod wpływem dobrej passy postanowiłem na zakończenie spróbować moje cwiczonko zakończeniowe. Tym razem zszedłem na około 10,5m i … udało się ! Osiągnięty czas: 3:15! Dla mnie rewelacja. Nie pozostało nic innego jak tylko wyjście z wody, rozwieszenie sprzętu, i … oczywiście! Przygotowanie tradycyjnego już grilla, którego niewątpliwoą atrakcją był dorsz (całkiem spory zresztą), upolowany własnoręcznie przez Jacka. Jacku gratulacje strzelenia takiej smacznek rybki!
A poniżej możecie zobaczyć kilka fotek z tego wypadu:
Tak jak planowaliśmy: Sobota pod znakiem Horki. Uwielbiam to miejsce! W tym rokuzaskakuje nas bardzo pozytywnie pod wieloma względami. Po pierwsze: obnizona została opłata dla freediverów do 3 euro! Tak! To pierwsze znane mi miejsce, gdzie freediverzy są tak traktowani. Po drugie z racji częstych opadów deszczu w tym roku i nie tylko z tego powodu poziom wody w kamieniołomie podniósł się o jakieś 1,5m. Nie do pogardzenia. tym bardziej, że widoczność i warunki w wodzie mogą niejednokrotnie swobodnie konkurować z chorwackim morzem. Od pierwszego razu kiedy tam byłem nazywam to miejsce: Mała Chorwacja. Kolejny miły akcent to to, że często można tam spotkać kolegów freediverów z czech. Często nasze liny opustowe przebiegają niedaleko siebie i możemy nawzajem podglądać się pod wodą i przekazywać sobie okejki ;-) No i jeszcze jedno miłe bardzo zaskoczenie: pogoda nam się wyklarowała idealnie. Słonko świeciło cały dzień, dzięki czemu trochę się jeszcze opaliliśmy, no i było rewelacyjnie jasno w wodzie. Ale o tym za chwilkę.
My na Horkę dotarlismy dosyć późno mimo tego było jeszcze sporo miejsca na zaparkowanie samochodu. Od razu zaczęliśmy przygotowywać linę i boję. Mimo zaplanowania wszystkiego jakoś ciężko nam to szło. Ale w końcu po jakims czasie udało nam się dotrzeć na pomost. Kończąc przebieranie w pianki zauważliśmy – hmmm a pasy balastowe? Niestety zostały na górze. Jako jedyny nie w pełni ubrany, mimo że już namydlony i gotowy do wskoczenia w piankę pobiegłem szybko po pasy. Samo wskoczenie do wody to już tylko przyjemność. Woda ciepła, bardzo dobra widoczność. Jednym z najciekawszych widoków, jakie mogłem podziwiać to panorama dna z talerzykiem pośrodku, oglądana w punktu obserwacyjnego umiejscowionego przy linie opustowej na głębokości około 24-25m. Jeśli dodam do tego, że dno było na głębokości około 31,5m i było bardzo dobrze oświetlone przez słonce – to można łatwo ocenić jaka była widoczność :D Widok ten mnie zachwycił na tyle, że postanowiłem zrobić jeszcze na koniec moje ćwiczonko zakończeniowe. Schodzę na głębokość od 11-14m i wiszę sobie przy linie jak najdłużej. Jakoś ostatnio nie miałem przekonania do tej próby, ale dzisiaj o dziwo. Udało się! W końcu przekroczyłem moje upragnione 3min! Dokładnie 3:09! Nie wiem czy to dużo czy mało, jednak dla mnie sukces bo próbowałem od dłuzszego czasu te 3min przekroczyć.
Po wyjsciu z wody naturalna kolej rzeczy: wyciąganie sprzętu, rozwieszanie sprzętu, suszenie no i … Oczywiście! Nie mogło zabraknąć tradycyjnego grilla

Oczywiście w trakcie jak my spokojnie przygotowywaliśmy grilla, sprzęt odciekał spokojnie. Nasza niezawodna lina znalazła sobie wygodne miejsce do odciekania i schnięcia ;-)
W tym samym dniu ćwiczyli tam także znajomi freediverzy z Czech. Za namową Eweliny postanowiłem ich zapytać czy nie chceli by wziąć udziału w badaniach, o których ostatnio sporo pisałem. Prawda jest taka, że niestety freediverzy z Polski nie dopisali i frekwencja jest na tyle mała, że grozi to tym, że badania się nie odbędą. Po chwili rozmowy wymienilismy się namiarami i obiecali, że się zastanowią i dadzą mi znać. Jestem dobrej mysli! To chyba nie byłby pierwszy przykład międzynarodowej współpracy przy badaniach naukowych …?
Właściwie jedynym ale jakże ważnym powodem dla dzisiejszego wpisu jest filmik autorstwa Maczka, który podsumowuje naszą nie do końca normalną ekipę na wyjeździe w Safadze. Byliśmy tam w Maju bieżącego roku i co tu dużo mówić – na pewno wrócimy tam jeszcze nie raz! Pierwszą część relacji z tego wyjazdu możecie znaleźć pod tym adresem. Cała nasza ekipa widoczna jest na poniższym zdjęciu w pełnej krasie:
Maczkową wersję opisu naszego wyjazdu znajdziecie tutaj, natomiast sam filmik (nota bene przysparzający nam spore dawki śmiechu) możecie podziwiać poniżej:
Dzisiejszy dzień, podobnie zresztą jak wczorajszy minął pod znakiem zwiedzania Wrocławia z racji odwiedzin rodziny. A że Wrocław to miasto dynamiczne to cóż – sami byliśmy z moją Eweliną mocno zaskoczeni, jak bardzo się ono zmienia – i to dosłownie na naszych oczach i pod naszymi nosami – choć to akurat zapach miasta jest jednym z najsłabszych elementów całej układanki. Ale to temat na oddzielną historię…
Dzisiejszy dzień to hasło ZOO. Wrocławski ogród zoologiczny cieszy się z roku na rok coraz większą popularnością. Grupa osób zwiedzających jest przeogromna. Rzeczywiście jest co zwiedzać. Spośród post- peerelowskich pozostawionych jeszcze gdzieniegdzie pawilonów (do tej grupy niestety należy budynek akwarystyczny, lecz można to wybaczyć zerkając na najbliższe plany rozbudowy zoo o porządne oceanarium!) przedziera się coraz więcej nowych, wspaniałych budyneczków i wybiegów niejednokrotnie bardzo pozytywnie zaskakujących swą funkcjonalnością i pomysłowością. Wyobraźcie sobie me wielkie zaskoczenie, gdy po długiej, żmudnej, wyczerpującej wędrówce, gdzie nogi ciągnęły się za mną powłóczystym niby pół okręgiem błądząc pomiędzy budkami z : kiełbasą, knyszami, frytkami, kebabem, pizzą, hot-dogami, bigosem i nie wiadomo jeszcze czym ukazał się basen z FOKAMI! A dokładnie z kotikami, które często są mylone z fokami.
Kotiki afrykańskie należą do rodziny uchatkowatych, w przeciwieństwie do fok mają małżowiny uszne i wyodrębnioną szyję. Świetnie poruszają się w wodzie, głównie za pomocą przednich kończyn. Potrafią również sprawnie poruszać się na lądzie. Samce osiągają zwykle do 2,3 m długości i masę ciała nawet 350 kg. Mają szary lub czarny grzbiet i jasne podbrzusze. Większość czasu spędzają w wodzie, ale w pobliżu brzegu. Żywią się rybami, rzadziej krabami i kałamarnicami.
Zapewniam, że dla kogoś, kto kocha wodę to na pewno najbardziej ekscytujący moment zwiedzania zoo. Warto trafić w okolice basenu w porze karmienia:
Dlaczego…? Odpowiedź jest prosta: podczas karmienia można usłyszeć wiele ciekawych informacji na temat samych kotików, oraz o tresurze/treningu metrycznym, który przechodzą we zoo. Polega on na tym, że wszystkie pozornie wyglądające na cyrkowe sztuczki figury mają tak naprawdę znaczenie praktyczne. Np. nauka podawania płetwy, kojarząca się z psim „podaj łapę” to nic innego jak umożliwienie sprawdzenia czy jej stan jest ok, czy nie ma jakiś zadrapań lub obtarć. Podobnie jest z obracaniem się na plecy. Ta „sztuczka” bardzo pomaga przy diagnozie, gdy samica jest ciężarna, aportowanie to ćwiczenia poprawiające kondycję kotików oraz urozmaicające im czas itd. Króciutkie karmienie to naprawdę coś wspaniałego. Zachęcam – naprawdę warto to zobaczyć. Oczywiście najważniejszy dla nas freediverów jest aspekt związany z nurkowanie. Zapewniam Was. Gracją nie dorównujemy im nawet na krok – i (bez żadnych negatywnych skojarzeń) dotyczy to także płci pięknej. Zwróciłem uwagę na to, że zwrotność kotików pod wodą jest godna pozazdroszczenia nawet przez delfiny, które mimo wspaniałej sylwetki są także obdarzone ograniczeniami związanymi z ruchem w określonych płaszczyznach. Tego limitu nie zauważyłem u uchatek.
Ponieważ weekend owe zmęczenie dało o sobie znać, weekendowy wpis pojawia się dopiero dzisiaj. Weekend to odwiedziny przyjaciół w Katowicach, oraz obowiązkowe moczenie na słynnych Koparkach. Przyznam szczerze, że od dłuzszego czasu omijałem ten akwen z daleka ze względu na jego w swym czasie zbytnie skomeracjalizowanie. Jednak wiele rzeczy potrafi się zmienić – choć może nie zawsze w stopniu takim, jakim byśmy tego chcieli ;-)
Wstęp do kamieniołomu płatny jest 25zł niezależnie od tego czy nurkujemy czy nie. To akurat znacznie odbiega od standardów większości baz, gdzie opłatę ponoszą jedynie osoby nurkujące. Ponieważ udało nam się dotrzeć z Wrocławia z lekkim opóźnieniem w stosunku do pierowtnych planów, na miejscu pojawiliśmy się dopiero po południu. Pierwsze zaskoczenie: poziom wody od ostatnich powodzi podniósł się na tyle, że dodjazd do bazy możliwy jest jedynie po usypanej z kamieni grobli. Szybkie przebieranie i od razu do wody. Ponieważ pogoda była nietęga, a może przez późną porę, w bazie nie było zbyt wielu nurków i panował raczej spokojny i cichy klimacik. Po zanurzeniu w wodzie – dosyć pozytywne pierwsze zaskoczenie – woda ciepła i można spokojnie posiedzieć w wodzie dłużej. Niestety wiele dozyczenie pozostawiała widoczność, która w porywach dochodziła do 3m z hakiem, gdzie hak był mocno naciągany. Próby zrobienia zdjęć, raczej się nie powiodły, zresztą zobaczcie sami kilka próbek:
Po nurkowaniu oczywiście tradycyjny grill. Tym razem w deszczu i prawie całkowitych ciemnościach. Wieczorem (a właściwie w nocy) udało nam się wspólnie z Ewa i Tomkiem udać na spacer do Chorzowskiego parku, gdzie zaobserwowaliśmy na niebie dziwne obiekty latające. Niestety, próba nakręcenia filmiku spełzła na niczym. Długo trwały pomiędzy nami dyskusje co to właściwe było…? UFO?
Niedzielny poranek to zgodnie z planem wizyta na basenie i poranne rozpływanie. To jest to! Basen z rana jak śmietana! A później to głównie spacery, pamiątkowe zdjęcie pod figurą Ryska Riedla, obżarstwo i wizyta w planetarium. Tam zaczepiliśmy jednego z pracowników by zapytać czy może wiedzą co takiego widzieliśmy nad Śląskim niebem. Niestety – podobno komuś udało się nawet to sfilmować, ale nikt nie wiedział na pewno co to było. Może jednak nie jesteśmy sami…? Zresztą – nawet nie poznaliśmy dokładnie naszej własnej planety -właściwie tego co kryją oceany. A przecież nawet tu kazdego roku odkrywane są nieznane wcześniej gatunki.
W miniony piatek udało mi się spotkac z panem profesorem Chmurą. Budynek uczelni przywitał mnie wakacyjną ciszą i ciemnością, sprawiając wrażenie opuszczonego. Wrażenie to zniknęło po spotkaniu – kiedy okazało się, że część sal jest zajęta przez ćwiczących zawodników, a w wielu gabinetach pracują pracownicy naukowi. Ten wakacyjny okres mimo pozornego spokoju może być naprawdę intensywnie wykorzytywany.
No dzisiejszy dzień (a właściwie wczorajszy, ponieważ piszę ten wpis w środku nocy) był bardzo intensywny. Na pewno dostarczył wielu emocji i pozytywnego zmęczenia – choć to ostatnie ma tez swoje granice ;-) Tematem przwpdnim była SESJA! Dokładnie tak. Mój przyjaciel i jego świeżo upieczona żona dobrowolnie i bez przymusu zdecydoiwali się wskoczyć do wody. Niby nic. Szczególnie dla nas nurków maści wszelakiej. Ale jaki to był skok!
Dokładnie tak jak widac na załączonym obrazku! Młoda para w basenie! Niw iem dokładnie czuim pomysłem była sesja – w skrytości każdy z nas myślał o niej w jakiś tam sposób. No i udało się! Maczki w wodzie, Janek, nasz dzielny fotograf, zestresowany też w wodzie, oświetleniowiec (moja skromna osoba) - też zestresowany – w wodzie, ekipa wspierająca – zupełnie na luzie - też w wodzie. Zapewniam, że tego typu przedsięwzięcie to naprawdę niezła zabawa – tym bardziej, że woda była ciepła. Nie przeszkadzało nam nawet to, że był to wczesny świt. Sesja trwała jakiś czas, więc powoli zaczęła z nas wychodzić nasza kreatywność…
Nie chcę zdradzać wszystkich szczegółów, ale efekty sesji będą znane za parę tygodni. Wtedy się przekonamy, czy nasza ekipa podołała wyzwaniu! Całośc zdjęć absolutnie nie miałaby szansy powodzenia gdyby nie pomoc Bartka Gryndy czy GRALmarine , który udostępnił nam odpowiednie oświetlenie podwodne.