Warning: include_once(/home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/themes/thedawn/home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/plugins/option-tree/includes/ot-functions.php) [function.include-once]: failed to open stream: No such file or directory in /home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/plugins/option-tree/ot-loader.php on line 553

Warning: include_once() [function.include]: Failed opening '/home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/themes/thedawn/home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/plugins/option-tree/includes/ot-functions.php' for inclusion (include_path='.:/opt/alt/php53/usr/share/pear:/opt/alt/php53/usr/share/php') in /home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/plugins/option-tree/ot-loader.php on line 553

Warning: include_once(/home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/themes/thedawn/home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/plugins/option-tree/includes/ot-functions-deprecated.php) [function.include-once]: failed to open stream: No such file or directory in /home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/plugins/option-tree/ot-loader.php on line 553

Warning: include_once() [function.include]: Failed opening '/home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/themes/thedawn/home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/plugins/option-tree/includes/ot-functions-deprecated.php' for inclusion (include_path='.:/opt/alt/php53/usr/share/pear:/opt/alt/php53/usr/share/php') in /home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-content/plugins/option-tree/ot-loader.php on line 553
Trochę więcej niż EXTREMALL … – Szkoła Freedivingu Freedive
Warning: call_user_func_array() expects parameter 1 to be a valid callback, function 'ot_load_google_fonts_css' not found or invalid function name in /home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-includes/class-wp-hook.php on line 286

Warning: call_user_func_array() expects parameter 1 to be a valid callback, function 'ot_load_dynamic_css' not found or invalid function name in /home/maczek/mruwa/freedive.pl/wp-includes/class-wp-hook.php on line 286

Trochę więcej niż EXTREMALL …

Góry przez wiele lat były miłością mojego życia. Każdy wolny czas spędzałem z kolegami chodząc po karkonoskich i tatrzańskich szlakach. Niestety kontuzja uniemożliwiła mi dalsze rozwijanie tej pasji. Alternatywą dla spędzania wolnego czasu stało się dotąd obce mi pływanie. Pływanie przerodziło się w nurkowanie a te we freediving – mój obecny styl życia i miłość. Jednak miłość do gór ciągle drzemie uśpiona w głębi serca… Po wielu latach nadarzyła się okazja by obie pasje spotkały się w w tym samym czasie w tym samym miejscu …

O planie wyjazdu dowiedziałem się dosłownie w ostatniej chwili. Co ciekawe nie w ostatniej przed wyjazdem, ale w momencie, kiedy praktycznie grupa była już kompletna i pełna. Bardzo się ucieszyłem, kiedy Jarek powiedział że jeszcze spokojnie mogę dołączyć. Byłem bardzo podekscytowany. Wiele lat temu moja największą pasją były góry. Mogłem spędzać dosłownie całe tygodnie chodząc po nich niezależnie od wysokości i położenia geograficznego. Każde podejście było dla mnie wyzwaniem i przygodą! Niestety podczas jednej z wypraw w Tatry nabawiłem się kontuzji kolan, która odbiła się mocno na mojej przyszłości. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dzięki temu wydarzeniu odkryję najprawdziwszą pasję mojego życia. Zaczęło się niewinnie. Co może robić człowiek, któremu lekarz zakazał biegania, chodzenia po górach, skakania a i jazda na rowerze nie należała do najlżejszych…? Tak odkryłem pływanie. Pływanie, potem ratownictwo wodne, odkryłem podwodny świat na kursie nurkowania. Kolejne stopnie, specjalizacje i …. kilogramy sprzętu! W tym czasie okryłem freediving. Nie będę opisywał całej historii jaka się z nim wiąże w moim życiu, grunt, że ta droga doprowadziła mnie do miejsca, w którym własnie teraz się znajduję. Wielokrotnie marzyłem o nurkowaniu w miejscu pięknym i dziewiczym. Niekoniecznie w egzotycznych, ciepłych wodach mieniących się ferią barw  podwodnej fauny i flory.

Informacja od Jarka nagle dała mi nadzieję, że uda się zanurkować w pięknym górskim jeziorze! Moje przygotowania do wyjazdu właściwie ograniczyły się do przeglądu aktualnie posiadanego sprzętu i stwierdzeniu, że jest w miarę ok, poza kilkoma drobiazgami, które udało się pożyczyć lub kupić jeszcze przed wyjazdem. Na wyjazd zaplanowany we wrzesień czekałem z utęsknieniem. W końcu wyjazd! Wsiadam w samochód i jadę. Spotkaliśmy się w umówionym wcześniej miejscu i już razem dojechaliśmy do podnóża Tatr. Podczas podróży pogoda zdecydowanie zaczęła się pogarszać. Wyjeżdżając z Wrocławia przez nieliczne chmury przeświecało słońce, im bliżej Krakowa tym chmur było więcej. Na „Zakopiance” zastała mnie mżawka. Nie wróżyło to zbyt dobrze na popołudniowe wejście. Dojechaliśmy do Hrabianok. Tam do naszej skromnej 3 osobowej grupy dołączył Peter. Dzięki specjalnej przepustce mogliśmy samochodem podjechać na najwyższy parking, który znajdował się już na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego. Dalej już pieszo. Każdy z nas był bardzo obciążony. Oprócz typowych dla górskich wypraw rzeczy mieliśmy załadowany cały sprzęt do nurkowania – pianki, suchy skafander, butle, płytę, balast, płetwy itd. Noszenie tego obciążenia nawet w równym terenie sprawiało lekkie problemy. Naszym celem była Zbójnicka Chata, do której dzieliło nas 700m … w pionie! Trasa w linii prostej miała około 5km. Wydawało się, że to raczej nie będzie stanowiło problemu i zaplanowany w przewodnikach czas pokonania szlaku na 2h50min zwiększyliśmy dla bezpieczeństwa w naszych planach do 4-rech godzin.

Już podczas pierwszego odcinka wiedzieliśmy, że czeka nas nie lada wyzwanie…
Pogoda w całej Dolinie Staroleśnej pogarszała się i początkowa lekka mżawka przerodziła się w lekko prószący śnieżek. Temperatura wraz z kolejnymi metrami pokonywanej wysokości znacząco spadała a wiatr coraz bardziej dawał się nam we znaki ze względu na coraz rzadszą roślinność. Na zdjęciu obok widać moje freedivingowe płetwy przytroczone do plecaka ze sprzętem. Zdjęcie zrobione podczas jednego z początkowych przystanków. Nie zrażeni tym pięliśmy się coraz wyżej a naszym zaskoczonym oczom ukazywał się coraz bardziej zimowy pejzaż. Kosodrzewiny pokryte były kopułami śniegu, a nasza ścieżka była coraz mniej widoczna spod zalegających, świeżo usypanych, śnieżnych zasp. Powoli zaczęliśmy na własnej skórze odczuwać to, o czym ostrzegał nas jeszcze na dole Jarek: wiatr, zimno i śnieg.

Mimo zdecydowanie niesprzyjającej pogody pięliśmy się do góry – powoli, mozolnie i ciągle walcząc z wiatrem i śniegiem, który z czasem zaczął padać … poziomo. Ostatnie 100m przewyższenia to była najbardziej ekstremalna część wyprawy. Zapadał powoli zmrok, śniegu było na tyle sporo że całkowicie zasypał szlak. Pozostały nam jedynie tyczki, które ze względu na zadymkę i mrok były bardzo trudne do odnalezienia. Dla mnie to był moment krytyczny, w którym stwierdziłem, że bez rękawic będzie ciężko. Przykucnąłem więc za jedną ze skał i z dołu plecaka wydobyłem moje rękawice nurkowe. Tak tak – zwykłe neoprenowe rękawice. Normalnie psioczę na nie z różnych powodów – obecnie były to najlepsze rękawice na świecie! Dawały ciepło i chwilowo były suche. W pewnym momencie podejścia, kiedy szliśmy już właściwie po ciemku i po omacku zobaczyliśmy nieco w górze delikatne światełko. Były to okna Zbójnickiej Chaty. Kiedy wydawać by się mogło, że już koniec drogi blisko – wiatr zaatakował z jeszcze większą siłą skutecznie zacierając wszelkie ślady stóp poprzednich piechurów oraz znacznie ograniczając nasze pole widzenia. Szliśmy w dwóch zespołach. Ja z Jarkiem z przodu, Olgierd i Peter za nami. W pewnym momencie zdecydowaliśmy o włączeniu czołówek – wierzcie mi – znalezienie czołówki w plecaku, w takiej pogodzie, kiedy tkwi się dokładnie po pas w śniegu wcale do najłatwiejszych nie należy – z zmiana baterii to już dosłownie magiczna sztuka. Jednak światła czołówek pozwoliły na oświetlanie sobie trasy nawzajem. Oczywiście nie muszę dodawać, że ostatni odcinek do schroniska pokonaliśmy w linii prostej do niego ze względu na fakt, że szlak był skutecznie schowany pod około metrową warstwą śniegu. Jakby specjalnie chciał nam powiedzieć – Ha! tu mnie nie znajdziecie! Ostatnie metry pokonaliśmy bardziej dzięki sile woli niż mięśni. Stojąc pod zadaszeniem schroniska, już osłonięty częściowo od wiatru spojrzałem na swoje nogi – nogawki spodni od kolan w dół zamarzły, tworząc dwa lodowe cylindry wewnątrz których tkwiły moje nogi. Przemoknięte już teraz rękawice nurkowe także zaczęły zamarzać. Najwyższy czas na wejście do schroniska!

Schronisko przywitało nas miłym ciepłem pochodzącym z głównego pieca, będącego centralnym punktem głównej sali jadalnej. Sala była tłumnie oblegana. Panował lekki półmrok, a większość gawiedzi dosłownie biesiadowała racząc się piwem, herbatą, rumem lub dowolną kombinacją tych napoi. Kilka zdziwionych oczu popatrzyło na nas, kiedy wchodziliśmy. A już Ci, którzy widzieli nasze bagaże nie mogli uwierzyć w to co zobaczyli. Padło nawet pytanie czy się tu przeprowadzamy…? Ciepła kolacja i herbata z rumem po takim wysiłku to była najlepsza rzecz jaką można skosztować w życiu! Pyszny smażony ser. Mniam. Chwilę po naszym posiłku wyłączony został prąd, więc nie mogliśmy dłużej debatować a i tak naszym marzeniem było w końcu położyć się spać… Zaplanowane przez nas na 4 godziny wejście zajęło nam około 5,5h. Najcięższy okazał się ostatni fragment, który w śniegu, jednak przy dobrej pogodzie pokonaliśmy dwa dni później w 10min. Podczas podejścia tkwiliśmy tam ponad godzinę w śniegu i wietrze.

Nocy nie pamiętam. Pewnie spałem kamiennym snem, jednak to co zobaczyłem następnego dnia o świcie przez okno naszej sypialni … Warto żyć dla takich chwil!

Głęboki sen regeneruje najlepiej i mimo gigantycznego zmęczenia o poranku wykazywaliśmy sporo energii. Śniadanie było smaczne i sprawnie przygotowane przez obsługę schroniska a my chętnie z niego skorzystaliśmy. Po śniadaniu czekaliśmy na Palo i Marka, którzy mieli do nas dołączyć. Dla nas był to czas na rozejrzenie się po okolicy oraz wstępne planowanie nurkowań. Szczegóły ustalaliśmy już po dotarciu naszych kompanów na miejsce. Nasz stolik wzbudzał co najmniej zdziwienie. Przedmioty, które na nim się znajdowały już na pierwszy rzut oka nie do końca do siebie pasowały, podobnie jak do samego miejsca, w którym znajdował się sam stół. Mapa Tatr, kieliszki po rumie, termos z herbatą, pas balastowy, płetwy do freedivingu schowane pod stołem … Po chwili rozmów i zastanowienia ustalamy cel dzisiejszej wyprawy „Ladove pleso”. Niestety nie jest to jednoznaczny do określenia punkt ponieważ stawów o dokładnie takiej samej nazwie jest w Tatrach kilka. Wg ustaleń i map odległość do tego stawu była niewielka – około 30minut. Ponieważ temperatura na zewnątrz była zdecydowanie zimowa i wiał jeszcze poranny wiaterek – zdecydowałem o tym, że piankę założę przy schronisku i całą drogę do stawu pokonam już w nią ubrany. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to był jeden z poważniejszych błędów jakie zrobiłem… Wyszliśmy ze schroniska i już po około 10-ciu minutach marszu przez śnieżne zaspy byliśmy mile zaskoczeni towarzystwem niczym nieskrępowanych kozic, które wygrzewały się na zboczach w pięknie święcącym tego dnia słońcu. Kozice raczej do obecności ludzi nie były przyzwyczajone gdyż nie uciekały od nas od razu węsząc jedynie z zaciekawieniem co też te pokraczne istoty obładowane po brzegi wyczyniają, niezgrabnie próbując pokonywać kolejne zaspy śniegu. By dotrzeć do naszego celu w pewnym momencie musieliśmy zejść ze szlaku i dalej już na przełaj pokonać ostatnie wydawałoby się metry. Niestety – słońce, które wciąż pięknie świeciło, wiatr, który prawie przestał wiać oraz potężny wysiłek związany z pokonywaniem na przełaj całkiem sporego wzniesienia nałożyły się na naprawdę poważne przegrzanie mojej skromnej osoby. Pragnę przypomnieć w tym miejscu, że wciąż maszerowałem całkowicie opatulony neoprenem. Jedną z myśli towarzyszącą mi wtedy było pytanie czy ktokolwiek próbował spinać się w Tatrach będąc jednocześnie zamkniętym w saunie…? Aby ratować i tak nieciekawą sytuację co jakiś czas ładowałem pod piankę spora dawkę śniegu. Trochę pomagało. Po dotarciu do jeziorka rozbiliśmy dosłownie symboliczny obóz, czyli po prostu zrzuciliśmy rzeczy w miarę płaskim miejscu. Pierwsze co zrobiłem od razu udałem się do wody, żeby schłodzić organizm. To był mój pierwszy kontakt z tym niesamowitym akwenem! Leżałem samotnie w wodzie o temperaturze 3 stopnie i ciągle było mi gorąco. Dopiero po paru minutach zdecydowałem się wrócić na brzeg, gdzie położyłem się w śniegu czekając na swoją kolej nurkowania.

I wreszcie przyszedł ten moment… Nurkowanie właściwe. Wszedłem do wody tym razem w pełnym rynsztunku, jednak bardzo ostrożnie by jak najmniej ingerować w naturalną postać akwenu. Udało się przez całe nurkowanie nie dotknąć absolutnie niczego poza kilkoma kamieniami podczas wychodzenia z wody! Mimo tego nurkowanie było piękne. Naszym głównym celem było oczyszczenie akwenu z ewentualnych śmieci oraz dokumentacja tego co zastaniemy przy zachowaniu jak najmniejszej ingerencji w naturalne środowisko. Największym wyzwaniem była temperatura wody 3 st C. Przy mojej konfiguracji sprzętu wytrzymałem w wodzie około 40 minut. Widoki pod wodą i sama bliskość tak dziewiczego akwenu zrekompensowały mi całą wcześniejszą udrękę związaną z przegrzaniem a później z wychłodzeniem. W momentach wentylacji, kiedy leżałem na powierzchni wody w świecącym słońcu przy całkowitym braku wiatru wydawało mi się czasami że wkoło mnie nie ma śniegu, lodu i zimna tylko tropikalne wody morza czerwonego a pode mną rozciąga się nie skaliste dno tylko piękna rafa koralowa. Z tej zadumy częstokroć wyrywał mnie dźwięk schodzących po pobliskiej ścianie lawin odrywających się od zbocza ze względu na topniejący pod wpływem słońca śnieg.

Po nurkowaniu udało mi się wydostać na brzeg i jak najszybciej przebrałem się w suche rzeczy… I tu pojawił się kolejny problem – podczas wchodzenia na górę woda z pianki spłynęła do skarpet, które okazały się niekoniecznie szczelne – w moich butach panowała więc zdecydowanie ponadprzeciętna wilgotność. Mimo wszystko mieliśmy naprawdę sporo szczęścia. Pogoda większość dnia utrzymywała swój początkowy stan w miarę stabilnie. Świeciło więc słońce i prawie nie wiał wiatr. Wystawiłem więc moje buty przodem do słońca a sam zabrałem się do rozgrzania ciepłą herbatą… Dopiero na brzegu podsumowałem w głowie całe moje nurkowanie. Udało mi się zwiedzić cały akwen przy okazji filmując kilka rzeczy. Bardzo ciekawy efekt świetlno-wizualny widziałem podczas zanurzania się pionowo w dół w okolicy środkowej części jeziorka w najgłębszym jego miejscu (około 16m). Ze względu na nienaruszony stan dno akwenu było pokryte idealnie jednolitą warstwą nalotu. Nie miało więc żadnych punktów charakterystycznych. Podpływając więc do niego z góry, mimo naprawdę dobrej przejrzystości) ciężko było się zorientować jaka dokładnie dzieli mnie do niego odległość. Odczyt przyrządów niewiele daje ponieważ dokładne parametry akwenu nie są znane. Trzeba było naprawdę spokojnie się zanurzać dokładnie zwracając uwagę na otoczenie. Druga sprawa to samo ukształtowanie dna. Akwen tworzył w miarę regularną nieckę w kilku miejscach jednak najprawdopodobniej przez schodzące kiedyś lawiny posadzone były na dnie potężne głazy tworzące w jednym miejscu nawet rodzaj kanionu. Moja dodatkowa obserwacja dotyczyła mojego własnego organizmu. Nie wiem czy to wskutek zmęczenia z poprzedniego dnia, czy może wysokości nad poziomem morza moje nurkowania trwały zdecydowanie krócej niż zwykle. Co więcej po kilku nurkowaniach zauważyłem lekki ból głowy – bardzo charakterystyczny w przypadku robienia bardzo intensywnego treningu hipoksycznego. Co ciekawe uczucia takiego nie doświadczałem od bardzo dawna nawet podczas bardzo intensywnych treningów na basenie i wodach otwartych. Za pomocą pulsyoksymetru sprawdziłem po nurkowaniu nasycenie krwi tlenem. Poziom nasycenia był prawie normalny z bardzo nieznacznym spadkiem, który raczej nie powinien mieć wpływu na samopoczucie.

Nasze prowizoryczne obozowisko zdawało się być oderwane zupełnie od reszty świata. Idealna cisza i spokój wyraźnie dawały nam dowody na przyjazne nastawienie tego miejsca do nas – niezależnie od temperatury. Wyglądało to tak jakby przyroda chciała nam zrekompensować trud wejścia i przeprosić nas za nietaktowne powitanie… Nasz czas w tym miejscu dobiegał końca. Po nurkowaniu Petera powoli zebraliśmy cały sprzęt, sprawdziliśmy okolicę i wybierając najbezpieczniejszą i możliwą do przejścia trasę udaliśmy się w drogę powrotną do schroniska. Mimo krótkiego odcinka i dobrej pogody droga wcale nie okazała się łatwa – ciężki sprzęt parę razy wbijał nas po pas w świeżo nasypany zaspy.

Po dojściu do schroniska cieszyliśmy się z obiadu oraz oczywiście raczyliśmy się herbatą w różnych konfiguracjach połączenia z rumem. Tego dnia do schroniska przybyło tak dużo osób, że cała główna sala w nocy zamieniła się w wielką sypialnię. My mieliśmy ten komfort, że czekały na nas nasze wygodne i ciepłe łóżka. Gdy zgasły już światła w całym schronisku my jeszcze chwilę planowaliśmy nurkowania dnia następnego. Niedługo po tym zmęczeni położyliśmy się spać. Około drugiej w nocy obudziłem się wołany odwieczną potrzebą. W ciemnej sali ubrałem jedynie spodenki i sweter i w klapkach dzielnie udałem się do wygódki usytuowanej za schroniskiem. Temperatura na zewnątrz – około 10 – 15 st poniżej zera. Wyszedłem w otaczającą nas ciemność i zamarłem. Tak pięknego nieba nie widziałem jeszcze chyba nigdy w życiu! Wszedłem na górkę obok schroniska i patrzyłem w gwiazdy, które zdawały się być dosłownie na wyciągnięcie ręki. Każda była bardzo wyraźnie widoczna na tle idealnie jednolicie granatowego nieba. Zapomniałem na moment o głównym powodzie wyjścia w środku nocy na mróz. Jednak panująca temperatura dosyć szybko przypomniała po co właściwie się tu znalazłem…

Kolejny poranek przywitaliśmy bardzo wcześnie rano racząc się ponownie przepięknym wschodem słońca nad doliną. Pogoda znowu zapowiadała się idealnie…

W planie mieliśmy posprzątanie pobliskiego jeziorka – usytuowanego zdecydowanie bliżej schroniska niż Lodove Pleso z poprzedniego dnia. Ze względu na charakterystykę zbiornika – bardzo mała głębokość, zdecydowaliśmy, że jedynie ja jako freediver będę w nim nurkował. Rano dziarsko zapakowaliśmy sprzęt i przygotowaliśmy się do wyjścia. Droga do celu minęła bardzo szybko. Na miejscu zaskoczył nas niespodziewany widok…. Dzień wcześniej to jeziorko wyglądało inaczej – może i było podobne ale … nie było zamarznięte! Ponieważ jednak nie cała powierzchnia była pokryta warstwą lodu rozważaliśmy czy nie wejść do wody tylko z jednej strony. Decyzja padła na mnie. W końcu to ja miałbym sam nurkować w tym jeziorze. Po dokładnych oględzinach całości – wygrał we mnie rozsądek. Nie uśmiechało mi się samemu przez przypadek wpłynąć pod lód, który niekoniecznie był na tyle kruchy bym mógł go rozbić od dołu….


 

 

 

 

 

 

Po oględzinach całego jeziorka zdecydowaliśmy się na powrót do schroniska. Nasz spacer powrotny dostarczył nam przepięknych widoków na całą dolinę ponieważ mieliśmy okazję przejść po małych skałkach, które akurat w tym miejscu były najwyższym punktem w terenie. To także był moment na pamiątkowe zdjęcie ;-)[nggallery id=52]

Po dotarciu do schroniska zostało nam już tylko pakowanie wcześniej przygotowanych rzeczy i w drogę. Schronisko świeciło pustkami. W tych godzinach obecnych było tylko kilka osób pracujących na miejscu. Nasze rzeczy dopakowaliśmy przed schroniskiem jednocześnie żegnając się z przesympatyczną obsługa i samym przepięknym miejscem, które akurat teraz tonęło w pełnym słońcu. Niestety droga powrotna wcale nie była przysłowiową „z górki”. Cały szlak był oblodzony ze względu na zamarznięty nocą śnieg, który dzień wcześniej topniał pod wpływem świecącego słońca. Nie było łatwo pokonywać tej drogi – szczególnie w górnych partiach szlaku, gdzie zalegało wciąż sporo śniegu i lodu. Dodatkowym utrudnieniem były nasze znacznie podadnormatywne bagaże oraz brak jakichkolwiek kolców na butach. Ryzyko złamania nogi było wg mnie zdecydowanie większe niż podczas wchodzenia na górę – mimo zdecydowanie lepszej pogody. Stopniowo schodząc coraz niżej spotykaliśmy coraz więcej osób i grup turystów, którzy postanowili wykorzystać ostatnie promienie słońca zwiedzając przepiękną dolinę. Droga upływała nam raczej spokojnie choć nasze spore bagaże dawały nam się we znaki.

Twardo stąpaliśmy po ziemi ;-) Z czasem, kiedy teren stawał się coraz bardzie łagodny, mogliśmy przynajmniej częściowo skupić nasza uwagę na otaczającym nas pięknie przyrody. Każdy odcinek tej drogi wart był wysiłku. Na samym dole jeszcze przed wejściem do samochodu z wielką ulgą zrzuciliśmy bagaże i usiedliśmy delektując się zimną „Cofolą” – odpowiedzią Słowaków na Coca Colę – wg mnie Cofola zdecydowanie lepsza!

 

Już po zaspokojeniu pierwszego pragnienia przyszedł czas na ostatni wspólny posiłek. Pojechaliśmy do pobliskiego Strbskiego Plesa i tam zjedliśmy polecane przez Jarka „Bryndzowe haluszki” serwowane w barze „Furkotka”. Dla mnie porcja była zdecydowanie za duża. A poza tym ja osobiście wolę jednak smażony ser – choć haluszki były tez pyszne. Same Strbskie Pleso – typowy kurort, w którym roi się od samochodów i ludzi. Co ciekawe wg opowieści Jarka jeszcze kilka lat temu była to bardzo mała mieścinka, a wszystkie hotele, kurorty i parkingi powstały dosłownie na przestrzeni ostatnich 5-6 ciu lat. Chcąc nie chcąc przyszła pora na ostateczne pożegnanie. Rozstawaliśmy się, ale ja wiem, że to nue był mój ostatni nurkowy wypad w Tatry. Chcę tu wracać ciągle, póki zdrowie pozwoli ;-) Na koniec mała galeria zdjęć z wyjazdu – część została zrobiona aparatem w telefonie, a część moim GoPro. Kilka zdjęć pochodzi od Jarka za co mu bardzo dziękuję. Jedno podkradłem Peterowi. Niestety więcej zdjęć nie udało mi się zrobić ponieważ na górze nie mieliśmy zbytnio dostępu do elektryczności by naładować telefon czy kamerę. To też nauczka na przyszłość ;-)

Wkrótce postaram się zmontować mały filmik z wyjazdu.

[nggallery id=53]